Carpatia Divide 2019– level „ultramaratonowy leszcz” – cz. VII – dzień SZÓSTY – odcinek Zdynia – Bacówka pod Honem (Cisna)

Szósty dzień i dystans 127km i ponad 2700m w pionie to chyba najcięższy z “etapów” jakie do tej pory przejechaliśmy. Nawet dwa pierwsze dni nie dały tak popalić jak ten dzień a w zasadzie jego końcówka… Ostatnie 20km do Bacówki pod Honem… Ale od początku…

Wypoczęci, po świetnej kolacji wstajemy już paręnaście minut po piątej. Szukamy śniadania jakie miało być przygotowane na rano przez Kierowniczkę Panią Zosię ale okazuje się, że kuchnia zamknięta. Na jadalni też ani śladu po naszym śniadaniu – albo ktoś zjadł w nocy albo Pani Zosia bluffowała 😀

Na szczęście mam puszkę makreli w pomidorach i resztkę czerstwej bułki. Jakoś mi się organizm rozregulował bo przeważnie mogę nie jeść do południa – dziś mnie muli z głodu że szok…

śniadanie mistrzów… 😀

5:45 już na “rumakach”. Poranek mglisty. W zasadzie to jest jeszcze przed wschodem słońca…

świta…

Za nami Pieniny. Wjechaliśmy w Beskid Niski – przed nami Magurski Park Narodowy. Wschód słońca jaki nas wita jest nieziemski… Specjalnie, jakby przeczuwając widoki jakie nas czekają, przed wyjazdem zmieniłem telefon… Mój wybór padł na Huawei P20 Pro – telefon stworzony właśnie do robienia zdjęć z powodu posiadanych TRZECH tylnych obiektywów.

Huawei P20 Pro daje radę…

W tamtych okolicach pozostałością po I wojnie światowej są DZIESIĄTKI małych cmentarzy wojennych.

cmentarz wojenny

Mijamy budzące się życie. Lokalesi siadają pod sklepami, wyprowadzają krowy na pastwiska. A może w odwrotnej kolejności 😀

Krowy są nieodłącznymi towarzyszkami naszej wyprawy. Spotyka się je dosłownie wszędzie – oczywiście na odcinkach przelotowych pomiędzy “wypychami”..

to chyba jedno ostatnich zdjęć tej drogi w tym stanie – niedługo po Carpatii ruszył remont…

Dojeżdżamy do Krempnej. Czas na śniadanie. Jakieś słodkie ciasteczka. Jogurt pitny.

ABC

Przy śniadaniu wzrok zatrzymuje mi się na budynku remizo-poczty. Robię to co powinienem zrobić kilka dni wcześniej. Szybka segregacja niepotrzebnych, nieużywanych maneli. Do domu wraca nerka Camelbaka, zapasowe majtki z wkładką, batony energetyczne (nie zjadłem ANI JEDNEGO), brudne ciuchy… Zostaje mi tylko plecak.

Ruszamy dalej. Ależ lekko się jedzie bez nerki pod ciężarem plecaka ściągającej spodenki do połowy tyłka 🙂

Chwilami wraca “teren”. Odcinki z błotem. Gdybyśmy trafili od początku na deszczową pogodę to byśmy się utopili w tym błocie… Ale asfalt też jest…

Te ziemie pełne są bólu i pamiątek po wydarzeniach I, II wojny światowej ale też wydarzeń mających miejsce po wojnie i mających swoje źródło w konfliktach na podłożu narodowościowym. Nie da się jednak “przelatując” na szybko w pełni tego poczuć – trzeba się zatrzymać i chwilę

W Tylawie wskujemy na drogę krajową prowadzącą do granicy ze Słowacją. Docieramy do Barwinka gdzie zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Krótka przerwa. Wciągamy po jakimś hotdogu, kawce. uzupełniamy zapasy picia bo przed nami długi odcinek bez żadnej “cywilizacji”.

kontrola cen 😀

granica przed nami

Na granicy, pozostałości po “starych czasach” – budynki po przejściu granicznym. Zaraz za “granicą” skręcamy w lewo w kierunku szlaku granicznego. Po ok. kilometrze wielka betonowa budowla – wieża widokowa Dukla. “Kubistyczno-modernidtyczna” konstrukcja mająca swoje czasy świetności dawno za sobą. Ciekawe czy była elementem systemu monitoringu granicy czy zawsze była wieża widokową?

Vyhliadková veža Dukla 🙂

Pierwszy odcinek czerwonego szlaku granicznego – ok 7/8km. Fajna jazda 🙂

Na szlaku bardzo dużo zwalonych drzew.

dowcipne….

daleko zajechaliśmy 🙂

To miejsce dla mnie oznaczało – dojechaliśmy w Bieszczady… Są niedźwiedzie – są Bieszczady.

moje pierwsze w życiu Bieszczady 😀

Co razi i od razu się rzuca w oczy to – niesamowite ilości wyrębów jakie są prowadzone w Bieszczadach. Las leży pokotem. Pozostaje mieć tylko nadzieję że to dawno planowana “zrównoważona gospodarka leśna” a nie rabunkowa wycinka 🙁

W sumie z drogi do Komańczy najbardziej zapamiętam błoto i niezmierzone połacie ściętego lasu…

błoto…

więcej błota…

kilometry bieżące jerzyn….

pomost na szlaku…

nie trafiliśmy jednak na imprezkę 😀

Czy ktoś kiedyś nie słyszał o Komańczy? Raczej niewielu. Zapewne zastanawiacie się czy jej nazwa ma jakikolwiek związek z bohaterami powieści Karola Maya – przynajmniej mnie takie skojarzenie się nasuwa. Ale z prawdopodobieństwem sięgającym pewności nie ma nic wspólnego – pierwsze wzmianki o wsi KOMANYCZA pochodzą już z początków XVI wieku (sprawdziłem) – w tamtych czasach raczej autochtoni Karpat i Ameryki Płn o sobie nic nie mogli słyszeć.

pukamy we wrota Bieszczad

Przy samym wjeździe do Komańczy po prawej strony mijamy dość przyjemnie wyglądające miejsce do “popasu” – jako, że pora obiadowa krzyczę do chłopaków żebyśmy zajechali. Ale jadą dalej. Po krótkim rekonesansie okazuje się, że musimy wrócić w to miejsce. Tak lądujemy w “Kuźni Łemkowskiej” – http://kuznialemkowska.pl/ – niesamowitym miejscu łączącym w sobie galerię sztuki ze “świątynią” sztuki kulinarnej. Barszcz ukraiński jaki zaserwował nam niesamowicie sympatyczny kucharz to najsmaczniejszy b.u. jaki jadłem w życiu. Następnego dnia po powrocie próbowałem ugotować na obiad coś bardzo podobnego ale była to tak mizerna podróba, że grzechem jest nazwać ją barszczem ukraińskim. Drugie danie w postaci dwóch pierogów łemkowskich (wielkości kobiecej dłoni) nadziewanych kapustą z grzybami i osmażonymi na smalcu ze skwarkami to była bieszczadzka poezja 😀

Moje tęczowe skarpety nie były najlepszym pomysłem na ten kraniec Polski ale przeszły bez echa wśród lokalnej niedźwiedziej młodzieży 😉

gender 😀

Za Komańczą zaczyna się przejeżdżanie brodów – niesamowite wrażenie kiedy rozpędzasz się rowerem w poprzek rzeki a woda bryzga na boki gdy wpada się na betonowe płyty stanowiące podłoże brodu. Oczywiście po kilku takich przejazdach w butach mamy pełno wody co może skończyć się obtarciami stóp. Trudno, trzeba zdjąć buty i wyżąć skarpety… Niestety nie mam żadnej foty z przejeżdżania brodów – wszystko jest na filmach kręconych przez Olka. No i zaczyna się najcięższy odcinek tego dnia. Ponad 20km od Duszatyna do Bacówki nad Honem, Najpierw 17-km odcinek na Wołosań który od Komańczy zajął nam trzy godziny a potem (paradoksalnie) łatwiejszy (bo z górki) odcinek z Wołosania do Cisnej ale pokonywany już w końcowym odcinku w totalnej ciemności.

pieką nogi… 🙂

Niekończące się wypychy które dochodziły nawet do 20%. Wpychaliśmy rowery na górę mając nadzieję że to już ostatni raz a za krótkim zjazdem/zejściem czaił się następny wypych…

Może uprzedzę fakty ale przez całe 640km Carpatii ANI RAZU nie zdarzyło mi się przebić opony (jechałem na tzw “bezdętkach” – samych oponach wypełnionych specjalnym mleczkiem uszczelniającym). Jak również ani razu nie musiałem zmieniać klocków hamulcowych (a w zapasie miałem dwa kpl). A jeździliśmy po czymś takim:

nie złapać gumy na czymś takim – jednak wykonalne!

Dojechaliśmy na Wołosań – teraz już “z górki” …

Wołosań – jeden z najwyższych bieszczadzkich szczytów

Zamykamy dzisiejszy etap Głównym Szlakiem Beskidzkim. Ruszyliśmy w Ustroniu wraz z jego początkiem nie zawsze do końca się go trzymając ale teraz wracamy. W Cisnej znowu się z nim pożegnamy…

Od dłuższego czasu napotykamy wielkie kupy. Są niesamowicie charakterystyczne (robiłem zdjęcia czego się dało ale zdjęcia kupy niestety nie mam) – ale opis sobie daruję..

Ale tego raczej niedźwiedzie nie ułożyły.

Zaczyna się ściemniać. Pierwszy raz muszę użyć lampki.

Tak wyglądało schodzenie po zboczach na lampkach. Nasuwa się taka refleksja – najlepsi – a zwłaszcza Zbyszek Mossoczy pokonywał te ścieżki jadą prawie bez przerwy. Przypomnę – pokonał trasę 620km w 58 GODZIN. Jak wytrzymały i odporny na zmęczenie musi być organizm takich “ultrasów”. W takim terenie przy zjeździe lub zejściu odrobina nieuwagi wynikająca ze zmęczenia może skończyć się upadkiem. Upadkiem, który może skończyć się kontuzją eliminującą z dalszej jazdy.

Powoli zbliżamy się do Bacówki. Idziemy jakimś cholernie stromym kamienistym żlebem. Zadzieramy głowy do góry – w świetle lampek, ze dwa metry nad nami, widać pałąki wyciągu orczykowego. W końcu docieramy do schroniska. Już tu jacyś “nasi” wcześniej dotarli.

O, jest tu też mamba on bikeDorota trochę zmartwiona bo pojawiły się jakieś słuchy że przed nią na trasie jest jakaś dziewczyna jadąca ze swoim chłopakiem… No cóż, z kropek na mapie to nie wynika…

Rzutem na taśmę zamawiamy w kuchni kolację. Zaczynam jeść rzeczy których z reguły nie biorę do ust. Naleśniki z serem, bitą śmietaną i jagodami… WTF?? Ultramaratony rzeczywiście zmieniają ludzi 😀

na słodko i na chmielowo 🙂

Rowery chowamy do kotłowni, shower w całkiem niezłej jak na schronisko łazience i do wyrek. Jutro ostatni dzień “walki”. Ostatnie 75km. Czyli przed nami ostatnia noc w Bieszczadach. Warto było przejechać te już chyba z 550km żeby to poczuć.

A czuję się jak Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy 🙂
Dobranoc 😉

Cisna …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *