Carpatia Divide 2019 – level „ultramaratonowy leszcz” – cz. II – dzień PIERWSZY – odcinek Ustroń-Wielka Racza

Ok. 6tej chyba już żaden z nas nie śpi.
Pierwszy za sprzęt bierze się Krystian – uzupełnia płyn hamulcowy w układzie kiedy my jeszcze tkwimy w pozycji horyzontalnej… A podobno chwilę przed wyścigiem nie grzebie się przy rowerze 🙂
Mocujemy resztę szpeju na swoich bike’ach i oczywiście co najważniejsze – numery startowe.

Chłopaki wciągają z rana jakieś owsianki – mnie wystarczy resztka energii z dnia poprzedniego. Wiem, że to niezbyt rozsądne przed dużym wysiłkiem ale tak już mam… Moje założenie na Carpatia Divide jest proste – zmieścić się w limicie 200 godzin. Bez “zażynania” i jazdy do upadłego, żadnego NONSTOP – po prostu nieformalnie traktuję ten ultramaraton jako “etapówkę” a więc wyścig na którym przejeżdża się jakiś odcinek a potem się odpoczywa celem zregenerowania. Tym bardziej, że od kilku dni jestem znowu na antybiotyku Dlatego nie mogę narzucić dużego tempa bo MUSZĘ po prostu dojechać do mety – bo będzie “siara”. Znam paru którzy by ciągnęli ze mnie bekę do końca świata – co nie Rafał Iwan? . Chciałbym dojechać do następnego piątku do magicznej godz. 18tej – czyli uśredniając ok. 80km dziennie…

Ok. 9tej jestem na miejscu startu. Powoli się wszyscy zjeżdżają. Dużo uczestników – zapewne mieszkających stosunkowo niedaleko – przyjeżdża rano. “W powietrzu” wyczuwalne napięcie – to prawie tak jak na korytarzu przed ostatnim terminem egzaminu 😁

na gotowo….


Wszyscy podekscytowani choć nie dają tego po sobie poznać. Wszędzie pełno Ojca Dyrektora – Leszek Pachulski promienieje szczęściem ale co tu się dziwić – po latach przerwy Carpatia odradza się jak feniks z popiołów… Poza tym faceci w średnim wieku tak mają – jak znajdą pasję to nie ma zmiłuj… 😂

Zadziwia różnica w sposobie upakowania uczestników. Niektórzy jak wielbłądy (vide – autor), niektórzy na zupełnym lajcie jakby jechali na pół dnia na wycieczkę rowerową.

Ruszamy prawie punktualnie o 10tej. Eskortowani przez policję karnie przepychamy się wąskim pieszociągiem a potem drogą asfaltową do miejsca “ostrego” startu – w zasadzie to prawie nikomu się nie spieszy – początkowo nawet “konina” trzyma szyk. Gubię na asfalcie Damiana i już się do końca Carpatii nie zobaczymy – Damian chyba trzeciego dnia łapie poważną awarię napędu swojego fulla i asfaltami po płaskim dojeżdzie do Mucznego – tam czeka na niego jego własny bus którego udostępnił Orgom do przewiezienia naszych tobołów.
A już na pierwszy ogień czeka na nas siedmiokilometrowy podjazd pod Małą Czantorię a potem jeszcze następne 3km na Wielką Czantorię. Fajna rozgrzewka 🙂 A zaczyna to wyglądać tak:

podobno tak będzie przez pół wyścigu 🙂

Na trasie bardzo dużo turystów – ale co tu się dziwić – mamy pierwszy dzień długiego sierpniowego weekendu.

Widoki zaczynają rekompensować trudności wpychania roweru na podjazdy.

w tym miejscu zatrzymywali się chyba WSZYSCY…

Po 1h 45min i 10km Mała i Wielka Czantoria podjechana. Zjazd z Czantorii daje już pewne pojęcie o tym co nas czeka w dalszej części – ostro, kamieniście i dość trudno technicznie.

Kilometr trasy ok. 15 – Wisła Soszów i pierwsze piwo – Schronisko Lepiarzówka. Siedzi już tam trzech “naszych” w tym #konradadkonis – no to jak nie zajechać?? Od tej chwili przestaję się czuć głupio, że mam zwykłe turystyczne (zdecydowanie wygodniejsze niż wyścigowe bo da się w nich “butować” pod górę), buty z SPD – “tytan ultramaratonów” – Konrad – ma identyczne 😉

Wisła Soszów

było pyszne… 😀

Zostawiam chłopaków i cisnę dalej.

Następny odcinek szlakiem granicznym przez Stożek na Kubalonkę. Kolejna krótka przerwa w Kubalonce w knajpce przy drodze – pierwsza puszka CocaColi. W czasie tej wyrypy wypiłem chyba więcej ‘kolki” niż przez całe 50lat życia – nawiasem mówiąc CocaCola to najlepszy uzupełniacz braków energii na wyścigach i jazdach – zawsze warto mieć puszeczkę w kieszeni lub plecaku.

krótki odpoczynek w Kubalonce

Jadę głównie samotnie. Czasami miksujemy się z innymi uczestnikami. Albo ktoś wyprzedza mnie albo ja kogoś. Pogoda jest jak milion dolarów – zielono aż po horyzont 😀

gęsiego ….

Ze 2 km przed Ochodzitą znowu przerwa – gospoda Korona. Tłum “karpatczyków”. Czas na pierwszy obiad CD’2019. Ruskie pierogi i obowiązkowo radler. Podjazd pod Ochodzitą (40km trasy) po płytach betonowych z nachyleniem dochodzącym nawet do 20%. Za to zjazd prawie jak odjazd po LSD 😀

Ochodzita

panorama z Ochodzity

Przejeżdzamy pod ekspresówką S1. Na ok. 47-48km asfaltowy zjazd. Na średnioostrym łuku na środku asfaltu rozypane trochę żwiru. Za zakrętem grupa “naszych” zgromadzono wokół jednego siedzącego na poboczu – był “szlif”. Marcin Surowiec – koordynuje powiadomienie służ medycznych. Zadaję poszkodowanemu podstawowe w takich przypadkach pytania – “jak się nazywa?”, “czy pamięta co się stało?”, “co go boli?”. SMSem wysyłam Leszek Pachulski koordynaty miejsca zdarzenia z map google. Ponieważ wcześniejsza grupa już się w tym miejscu sporo nastała mówię im, że ja zostanę do czasu przyjazdu ZRM a oni jadą dalej. Przyjeżdża karetka, po chwili Ojciec Dyrektor. Trzeba mieć cholernego pecha żeby się rozbić w pierwszy dzień ośmiodniowego ultramaratonu ale trzeba mieć wielkie szczęście żeby ocalić życie.

tyle zostaje po kasku po uderzeniu głową w asfalt

Na 60km zaczyna się blisko 11km podjazd pod Wielką Raczę. Pierwsze 6km znośne jeżeli chodzi o nachylenie podjazdu – takie sensowne w granicach do 3%. Na następnych 5km rzeźnia chwilami dochodząca nawet do 15% – a to nie jest gładki asfalt!! Podjazd wygląda tak:

wypych pod Wielką Raczę

Na ostatnim odcinku orbitujemy wokół siebie z #rafalwasil – raz on wyprzedza mnie, raz ja jego. Takie dwa wyklinające bezsensowny podjazd (a w zasadzie wypych) samotne “lefciaki” – Rafał też jedzie na Cannondale’u. Niestety zaczyna zapadać zmrok – do schroniska na Wielkiej Raczy docieram na chwilę przed zachodem słońca – trochę “naszych” już tu jest. “Trochę” a tak naprawdę “tłum”. Rafał chyba decyduje się jechać dalej bo w schronisku już go nie widzę.
71km i prawie 2800m w pionie za mną.

Chwilę po zachodzie słońca na Wielkiej Raczy

Jako, że ja mam zawsze szczęście załapuję się na ostatnie łóżko w 8-osobowym pokoju. Po mnie dla dojeżdżających zostaje już tylko podłoga do dyspozycji. Rowery chowamy wszyscy do garażu z tyłu schroniska i z manelami ładuję się do pokoju. Siadam na krześle przy drzwiach i dostaję koszmarnych dreszczy. Telepie mną jak w febrze. Zamawiam w bufecie gorącą herbatę z cytryną i jakoś sytuacja się normalizuje. Uzupełniam kalorie CZTEREMA kawałkami ciasta z jagodami i radlerem. Teraz dla odmiany robi mi się niedobrze 😂. Jak się okazało byłem tak ujechany tego dnia, że gdy następnego dnia Daniel Łazarek wspomina, że widzieliśmy się wieczorem w schronisku to ja tego nie pamiętałem. Grubo…

Zgubne łakomstwo

Jeszcze tylko prysznic w łazience pamiętającej chyba konspiracyjne spotkania Michnika i Havla w latach 70tych – wtedy zdaję sobie sprawę, że nie uwzględniłem w liście do zabrania jednej podstawowej cholernie ważnej na takiej wyprawie rzeczy – plastikowych/gumowych klapek, japonek lub innych chroniących stopy nadającemu się pod prysznic obuwiu. Garść tabletek i do wyrka “na pięterko” – łóżka w schronisku są piętrowe.

Połowa ekipy w naszym pokoju to czterech, niepochodzących z naszej grupy, młodych kumpli z pracy (chyba elektryków lub hydraulików), którzy przyjechali zrobić sobie alkoholową imprezkę na wysokości. Przy okazji imprezki robią kupę hałasu, który potęguje się wprost proporcjonalnie do ilości wypitego alkoholu. W końcu dochodzą do wniosku że czas spać ale niestety jeden z osobników pochodzi z gatunku “gaduł po alkoholu” i napie…la jak najęty. Moja wytrzymałość przekracza kruchą granicę z chwilą gdy koleś zapala papierosa leżąc w łóżku w drewnianym górskim schronisku. Kto mnie zna choć odrobinę zna też mój stosunek do “fajek”. Podejrzewam, że chłop się nie może z traumy otrząsnąć do dzisiaj 😂

Ale trzeba spać. Pobudka o 6-tej 😉

Zapis pierwszego dnia

https://www.strava.com/activities/2641374397

Carpatia Divide 2019 – level „ultramaratonowy leszcz” – cz. I – przygotowania

To nie jest tekst dla finisherów Carpatia Divide – w znakomitej większości uczestników dużo bardziej doświadczonych i “wyjeżdżonych” ode mnie. To opis dla tych, którzy raczej nigdy na takie wyzwanie się nie porwą – wcale nie z braku możliwości czy niezdolności do jego ukończenia ale z lenistwa i braku czasu. A może właśnie jednak się zdecydują zachęceni opisem całej historii począwszy od etapu przygotowań, rozterek sprzętowych, popełnionych błędów i wreszcie niesamowitej tygodniowej przygody która zmienia człowieka. Zmienia bo jest baaaardzo dużo czasu na myślenie o wszystkim. Zmienia bo poznaje się ludzi do których potem chce się być trochę podobnym.
Napiszę o rzeczach oczywistych dla tych, którzy zetknęli się osobiście z CD ale nie do końca jest jasne i wiadome dla tych, którzy fakt istnienia Carpatii znają tylko z kilku zdjęć znajomych na Facebooku. Albo nigdy nawet o tym ultramaratonie nie słyszeli. Więc niech się „zorientowani” nie denerwują gdy będę tłumaczył rzeczy oczywiste …

Będzie długo i treściwie bo też i przygotowania były długie. Dużo dłuższe niż sama przygoda. Choć same w sobie też były przygodą usłaną potknięciami i błędami.

Reklama (jeszcze wtedy) Transcarpatii wyświetliła mi się na facebooku jeszcze w 2018r. Jako, że to również okres krystalizacji pomysłu na United Colours of Cycling decyzja zapada od razu. W końcu to okazja do przeżycia przygody życia i (przy okazji) promocji powstającej marki. Byłem jednym z pierwszych zapisanych i jednym z pierwszych „opłaconych”.

Nigdy nie jechałem takiej wyrypy. W sumie to nigdy nie przejechałem w ciągu jednego dnia więcej niż 150km. A w ciągu kilku kolejnych dni kilkuset kilometrów z wyjątkiem ogólnoświatowego czellendżu „Rapha Festive 500” w 2017r (trochę ponad 500km między Wigilią a Sylwestrem). I to był ten jedyny raz.

Formuła Carpatia Divide – wg opisu organizatora – 625-kilometrowego ultramaratonu nonstop z przewyższeniami prawie 17km (to tak jakby dwa razy wspiąć się na Mount Everest!) – opiera się na idei „samowystarczalności” (tzw „self-support”) i limicie czasowym 200 godzin. Patrząc na suche (choć przerażające dla, nawet dość aktywnego, amatora) cyfry – zakładam, że mimo wszystko jest to do zrobienia. Start w Ustroniu w Beskidzie Śląskim, meta w Mucznem w Bieszczadach.

Formuła „self-support” oznacza, że na trasie nie można korzystać z ŻADNEJ zewnętrznej pomocy logistycznej ani technicznej. Wszystko co potrzebne trzeba wieźć ze sobą lub to sobie po prostu osobiście kupić. Żadnych wynajętych lub zabukowanych z wyprzedzeniem noclegów. Żadnych znajomych stojących w wybranych punktach trasy z czystymi ciuchami, żelami, kanapkami, częściami zamiennymi itp. Wszystko w sakwach, plecakach, czy też kieszeniach. Lub na karcie płatniczej 🙂 . Po prostu startujemy i jedziemy do końca rozkładając intensywność i tempo jazdy wg własnego uznania byleby się zmieścić w limicie czasowym.

Nigdy nie miałem do czynienia z bikepackingiem (bo tak właśnie fachowo nazywa się obwieszenie roweru lub siebie sakwami umożliwiającymi przewiezienie wszelkiego „szpeju” jaki ma umożliwić przeżycie na tego rodzaju wyprawie). Nie wiem od czego zacząć więc zaczynam od zrobienia listy rzeczy do zabrania – wrzucę ją oczywiście w którymś momencie relacji bo jest się naprawdę z czego pośmiać. Zakładam na wstępie że upakowanie oprę na sakwie na kierownicy, drugiej sakwie na sztycy siodełka, małej torebce za sterami na ramie i małym plecaku – małym bo mam przykre doświadczenia z bólem pleców przy noszeniu plecaka przy jeździe na rowerze. Ponieważ przednia sakwa lekko utrudnia mocowanie czegokolwiek na kierownicy konieczne też jest zamocowanie dodatkowej rurki na lampkę, nawigację itp. Życie oczywiście jednak pokazało jak bardzo się myliłem w kwestii spakowania…

Z początkiem roku 2019 ruszyły zakupy sprzętowe. Wiadomo, że sprzęt renomowanych marek bikepackingowych jest świetny – wytrzymały, sprawdzony, niezawodny. I nie powinno kupować się byle “shitu”. Ale mimo tego,z przyczyn ekonomicznych, opieram się na sakwach dostępnych na portalu przyjaciół chińczyków – stosunkowo nieduże pieniądze, czasu na czekanie na przesyłkę wystarczy, a jak się okazało po dostawie niezła jakość – akurat na jednorazowy wybryk powinno wytrzymać… Jedyna ekstrawagancja na jaką się decyduję (przynajmniej w tym momencie) to tzw „nerka” – czyli taki plecak na biodra – mamba on bike poleca mi sprzęt EVOCa ale ostatecznie trafiam fajną promocję i decyduję się na CAMELBAKA. Oczywiście z bukłakiem.

Pojawia się dylemat dotyczący ubioru – normalne, tradycyjne spodenki kolarskie czy luźne szorty MTB z wkładką lub bielizną kolarską? Decyduję się na szorty. Do tego normalne kolarskie koszulki. Kolejna rzecz na którą nie należy poskąpić kasy to właśnie bielizna kolarska z wkładką – wszak dupa na ultramaratonie jest najważniejsza. Serce mi łkało gdy wydawałem 200zł na kolarskie gatki z wkładką marki Endura ale jak się potem okazało mój tyłek odpłacił mi za to stukrotnie. Uzupełnieniem do wypasionych „gaci” jest „dostana” w prezencie od Szczepan „Prze Szczep” Paszek specjalna szwajcarska maść o zagadkowej nazwie „ASSos” 😉

edit: jednym z ważniejszych zakupów o których zapomniałem były turystyczne buty Shimano MT5. Wobec zapowiedzi Orga o dużej ilości stromych podjazdów a bardziej “wypychów” takie rozwiązanie wydało mi się rozsądniejsze niż start w normalnych wyścigowych butach z niekrytymi blokami – w butach turystycznych/trekkingowych bloki “schowane są” w podeszwie

Równolegle rusza przygotowanie teoretyczne – literatura dotycząca przygotowania do ultra, treningu, sposobu odżywiania itp. I oczywiście siłownia FIT STYLE ZONE. I treningi na rowerze pod okiem Sabina Rzepka

podstawy teoretyczne 🙂

No pain no gain – jak mawiają starzy „pakerzy”…

Już w marcu bukuję apartament w Ustroniu – start planowany jest na czwartek 15 sierpnia – w pierwszy wolny dzień długiego czerwcowego weekendu więc potem może być problem z wolnymi miejscówkami. – wiecie jak jest – pół Polski ruszy w góry…

Nadchodzi kwiecień – zaczyna się sezon wyścigowy. Pierwszy wyścig – Kaczmarek Electric MTB w Rydzynie.

a imię jego ….

Dystans mega kończę ledwie żywy. W drodze powrotnej do Bolesławca kilkakrotnie wymiotuję Coś wyraźnie jest nie halo. Za parę dni ujawnia się jakaś infekcja dróg oddechowych. I tak już co parę tygodni. Jak się okaże w czerwcu po wynikach OB., morfologii i wymazie złapałem jakąś paskudną bakterię i stąd obniżenie odporności. Cała jako taka wyrobiona zimą wydolność poszła w zapomnienie. I pojawiają się wątpliwości jak poradzę sobie kondycyjnie na bądź co bądź cholernie ciężkim maratonie. No to na scenę wjeżdżają antybiotyki, suplementy, witaminy.

Miesiąc do startu – w mojej czarnej „perełce” – karbonowym Cannodale’u FSI4 decyduję się wymienić napęd Shimano XT na SRAM GX z przejściem z przodu na owalną zębatkę 34 zęby. Kaseta z tyłu ma zakres przełożeń 500% (stosunek ilości zębów najmniejszej zębatki do największej) co na hardkorowych podjazdach Carpatii może się bardzo przydać – jak się okazało na podjazdach przednia zębatka 30-tka byłaby bardziej odpowiednia 😉 . Serwis roweru pod okiem Prze Szczep i nowa karbonowa kierownica od bolesławieckiej Bikestacja.pl.

Sprzęt teoretycznie gotowy…

Im bliżej terminu startu tym wątpliwości coraz więcej. Nie tylko zdrowotnych ale też sprzętowych. Jak na ostrych zjazdach sprawdzi się sakwa na kierownicy? Czy linki hamulców i przerzutki wytrzymają jej podskoki? Czy sakwa na sztycy siodełka nie będzie tańczyć na boki? Przecież ja w życiu nie miałem okazji do zdobycia choć odrobiny doświadczenia…!!

Na dwa tygodnie przed startem odpada jednak możliwość montażu tylenj sakwy na sztycy bo decyduję się na zakup sztycy opuszczanej (tzw „mykmyka”) wprost niezbędnej do bezpiecznego pokonywania karkołomnych zjazdów – to taki patent dzięki któremu można fajnie opuszczać siodełko jednym ruchem kciuka dodatkową manetką na kierownicy – a po powtórnym jej naciśnięciu wraca ono do poprzedniej „normalnej” pozycji. Mykmyk wyklucza jednak montaż sakwy na jego sztycy ze względu na możliwość uszkodzenia anody ją powlekającej.

Powoli chyba wszyscy uczestnicy „spinają poślady” więc na grupie facebookowej Carpatii Divide pojawiają się pytania o noclegi w Ustroniu w przeddzień startu – no przecież nie będę się bunkrował sam w apartamencie na 5 osób. Kompletujemy ekipę – pierwszy dołącza do mnie Damian Starzyński, potem jeszcze trzech następnych szaleńców – Daniel Łazarek – czyli Kawaler Wieczorową Porą , Krystian Jakubek. (jak się potem okazuje osiąga 2. czas dojazdu do Mucznego) i Jacek Piotrowicz. Nawiasem mówiąc z moją „znajomością” z Krystian wiążę się dość ciekawa historia – ze dwa lata temu (kiedy o ultramaratonach myślałem jak o imprezach dla szaleńców) wogóle się jeszcze wtedy nie znając osobiście pisaliśmy na messengerze w jakiejś innej sprawie dotyczącej zamkniętej grupy na facebooku. Rozmowa oczywiście zeszła na kolarstwo (bo przecież obydwaj mieliśmy na fotach profilowych rowery) i wtedy Krystian poopowiadał/popisał mi trochę o swoich udziałach w ultramaratonach i maratonach na orientację namawiając mnie na udział w tego rodzaju wyścigach. Nawet nie przeczuwaliśmy wtedy, że niespełna po dwóch latach spotkamy się na tej samej kwaterze przed tym samym ultramaratonem.

Na ostatniej prostej okazuje się jeszcze, że posiadane przeze mnie śpiwory rozmiarami po skompresowaniu i swoim ciężarem przypominają bardziej namiot ‘dwójkę” z tropikiem niż mały lekki śpiwór więc na trzy dni przed startem zamawiam śpiwór i modlę się żeby dotarł do paczkomatu do Ustronia przed startem. Dotarł… 😊

Z Damianem umawiam się we Wrocławiu pod Wroclavią. Ma po mnie przyjechać od siebie z Piły firmowym busem, mamy zabrać jeszcze kogoś i pocisnąć do Ustronia. Dojeżdżam do Wrocławia PKP. 1,5-godzinne ostatnie przemyślenia w czasie podróży Bolesławiec-Wrocław i namowach przez znawców „tematu” (m.in. właśnie Damiana) i zmieniam w ostatniej chwili koncepcję „upakowania”. Ryzykuję ból pleców i jednak decyduję się na porządny plecak. Mam 2 godziny czekania na przyjazd Damiana a 300m od dworca głównego we Wrocławiu jest sklep ogólnopolskiej sieci Sklepy Górskie Skalnik. Akurat mają świetne plecaki OSPREY Escapist. Pojemność 25l wystarczy. Też kosztuje “grubo” ale jest warty swojej ceny. Po drodze zajeżdżamy jeszcze do Decathlonu – uzupełniam wyposażenie o dodatkowe „awaryjne” majtki z wkładką (ale już bez finansowego szaleństwa).

Candy totalnie wycieniowana

Jak się potem okaże – jedno drugiemu lekko przeszkadza…

Do Ustronia docieramy ok. 17tej.

to nas czeka jutro na pierwszy ogień

Po zakwaterowaniu się zaliczamy biuro wyścigu czyli klimatyczną knajpkę „Diabli Dołek”. Odbieramy pakiety startowe i trackery (czyli urządzenia które lokalizować nas będą na trasie), wciągamy kolację – żurek i placek ziemniaczany z gulaszem i sącząc piwko obserwujemy jak powoli zjeżdżają się kolejni zawodnicy. Ale czas na odpoczynek. W apartamencie jeszcze przed snem ostatni rzut oka na sprzęt.

I lulu.
Jutro TEN DZIEŃ!

Trasa będzie kozacka, uwierzcie.

Oczywiście „każda pliszka swój ogonek chwali” ale przy układaniu trasy przywiązaliśmy szczególną wagę do wplecenia w jej przebieg najbardziej znanych miejscówek regionu.
Pokonanie jej będzie ucztą dla oczu i ducha, torturą dla nóg.

Startujemy i „metujemy” w Jakuszycach na Polanie Jakuszyckiej gdzie powstaje Dolnośląskie Centrum Sportu.

Wdrapiecie się na czeski Jested, Przełęcz Karkonoską ze schroniskiem Odrodzenie (jeden z najcięższych podjazdów szosowych w PL), Wysoki Kamień, Górę Szybowcową z panoramą na Jelenią Górę, Stóg Izerski… Kombinujemy żeby „przelecieć” jak najbliżej Królowej Karkonoszy – Śnieżki ale gravelowo będzie to trochę trudne do ogarnięcia.
Przekonacie się, że single pod Smrkem da się przejechać na gravelu.

Zagościcie w Miedziance – wsi której nie ma a o której pisał Filip Springer w swojej książce „Miedzianka”. W Budnikach – wsi gdzie przez trzy miesiące w roku nie gości słońce koniecznie musicie mieć oświetlenie na rowerze (zresztą i tak musicie 😃 )

O dołączenie do trasy prosi Perła Zachodu, tama na jeziorze Pilichowickim (tam kręcono m.in. Tajemnicę Twierdzy Szyfrów) i słynny kolejowy most który wysadzić w powietrze chciał ostatnio Tom Cruise.

Więc uwierzcie – NIE JEST ŁATWO.